mareks

Rytm twórczości jest nieprzerwany, wymaga totalnego, bez reszty permanentnego zaangażowania myśli, woli i wyobraźni.

Tadeusz Kantor   

Twój koszyk jest pusty!

„OCEAN SEKUND”


Jelenia Góra - Cieplice – środa, 18 kwietnia 2012 r.

Dzisiaj skończyłem czterdzieści cztery lata. Jak ten czas niesamowicie leci ... Moja wspaniała żona już rano, przy śniadaniu, złożyła mi pięknie życzenia i wręczyła prezent. Dostałem modną wodę perfumowaną, książkę zgłębiającą tajniki umysłu oraz kupon lotto z przypadkowymi numerami wybranymi przez „maszynę”. Podziękowałem i podzieliłem się super pomysłem, że może w związku z tak szczególnymi okolicznościami, dziś wieczorem obejrzymy klasery ze znaczkami przy zasłoniętych oknach. Szczerze rozbawiła ją ta niewątpliwie atrakcyjna perspektywa, była kupa śmiechu. Po dłuższej chwili opanowując wesołość zagadnęła: „Wiem, że za mną szalejesz, ale pragnę ci mój drogi przypomnieć, jakie masz zalecenia od lekarzy po ostatniej operacji... Z kręgosłupem nie ma żartów! Powiedziałam sobie, już więcej nie dam się namówić na żadne tego typu ekscesy zanim w pełni nie wrócisz do zdrowia. ” Wówczas szybko zapytałem ją bawiąc się grą słów: „Czyli co… sam mam się opiekować swoją energią seksualną? Ręki do tego nie przyłożysz?” Popatrzyła na mnie niby gniewnie, rzucając karcąco: „Skoro o ręce mowa, to walnij się nią w czoło porządnie! Czas żebyś oprzytomniał.” Jakby nie patrzeć… Iza jest trzecią miłością mojego życia. Trzecią miłością, z którą , co tu kryć, uwikłałem się w urzędowe papiery uwiarygadniające nasze gorące uczucie.


Jelenia Góra - Cieplice – czwartek, 19 kwietnia 2012 r.

Klecę jakiś obiad a Iza jest na próbie w teatrze. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę zajmował się garami. No, ale nie można siedzieć bezczynnie i całymi dniami gapić się w telewizor. Z życia towarzyskiego niemal zupełnie zrezygnowaliśmy głównie ze względu na mnie. Może innym razem opowiem o tym więcej. Zerkam kontrolnie na zegarek, „Gwiazda” ma wrócić do domu koło czternastej. Pewnie po godzinie, maksymalnie po dwóch, znowu gdzieś wybędzie wymyślając zgrabnie, na poczekaniu, tuzin powodów. Zdążyłem się do tego już trochę przyzwyczaić. Sam taki byłem do sierpnia 2010 roku. Ciągle w biegu z furą nowych pomysłów. Właściwie już od dziecka wszędzie mnie było pełno. Jako dorastający chłopak miałem w sobie nieposkromioną, wręcz kaskaderską chęć popisu z silnymi inklinacjami do eksperymentowania. W końcu los wziął haracz. Zmieniło mnie to! Przestałem podążać drogą utartych przyzwyczajeń i nałogów. Muszę przyznać, że niebanalna uroda i wesoła powierzchowność bardzo mi ułatwiały relacje z kobietami. Bywało niejednokrotnie, że dostawałem od nich, to co chciałem, zanim zdążyłem poprosić. Zwłaszcza pociągały mnie kobiety, których mowa ciała najeżona była symbolami erotyzmu. Nie miałem lęków, że je rozczaruję. Naprawdę świetnie potrafiłem zagospodarować swoje atuty. Nigdy nie obawiałem się falstartów, a strzelać potrafiłem, co tu dużo gadać… Do przegrzania lufy! Teraz niestety jestem „upupiony”, poruszam się niezdarnie o kuli, prawą nogę mam krótszą o prawie cztery centymetry. Czeka mnie jeszcze jedna operacja w lipcu. Całkowicie straciłem dawną pewność siebie. Żeby było jeszcze bardziej zabawnie, stałem się zazdrosny o żonę i jej czas. Niby nie jest specjalnie „wygłodniała” na sprawy damsko-męskie , gdyż cały upust temperamentowi daje na scenie, ale pewności stuprocentowej mieć nie mogę. Staram się nie mierzyć jej hipotetycznych zachowań swoją miarą, bo wtedy wyobraźnia gra mi okrutnie na nosie, podsuwając stale różne obawy i podejrzenia. Na szczęście trafiłem w końcu na dobrego „fachowca od głowy”. Robi co się da, żebym nie doskonalił się we własnych słabościach. Ma na mnie wyraźnie pozytywny wpływ od kilku miesięcy. Wcześniej było beznadziejnie, wręcz tragicznie z tą pomocą! Żaden psycholog, żaden czarownik z tytułami od samopoczucia, ani też inny magik obwieszony dyplomami, certyfikatami, nie potrafił do mnie dotrzeć . Po ciężkim wypadku na motorze tkwiłem ponad rok w czarnej dziurze cholernego koszmaru, zupełnie nie dostrzegając światełka w tunelu.


Jelenia Góra - Cieplice – piątek, 20 kwietnia 2012 r.

Są chwile, że duże powodzenie, szczęście czekają blisko, tylko trzeba osobiście wykonać w tą stronę jakiś ruch. Gorzej, gdy robimy zbyt pośpieszny, głupi ruch, w złym kierunku i nie wycofujemy się w porę. Z obserwacji innych osób oraz z własnego doświadczenia wiem ile może być rozmaitych dróg samo destrukcji. Nietrudno je odnaleźć. Zresztą, często to one są gotowe odnaleźć nas!!! Zabrzmiało trochę kaznodziejsko. Cóż…. chyba pojawiły się pierwsze owoce, jeszcze niezbyt dojrzałe, spotkań z „fachowcem od głowy”, no i w jakimś stopniu również jest to efekt studiowania literatury egzystencjalnej. Tak sobie właśnie myślę... Ile istnieje małżeństw, gdzie fundamentem wspólnego życia nie jest miłość, tylko wyrachowanie albo strach przed samotnością? Znam co nieco, te rewiry wspólnej egzystencji, gdy uczucia mocno przygasają i zaczyna wkradać się kalkulacja ile otrzymam a ile muszę dać.


Jelenia Góra - Cieplice – sobota, 21 kwietnia 2012 r.

Podobno nasze marzenia częściej się spełniają niż nam się wydaje, tylko los je realizuje w takiej formie, która w wielu przypadkach nie zostaje rozpoznana. Może i tak… Szczerze powiedziawszy nie mam zbyt dużego pojęcia , co o tym sądzić. Na postrzeganie świata wpływają przecież dziesiątki spraw. Bywa , że te same sytuacje odbieramy skrajnie inaczej w zależności od nastroju, samopoczucia danego dnia. Akurat dzisiaj jestem, muszę przyznać, w nie najlepszej formie. Tak sobie analizuję, rozważam, ile jeszcze do niedawna miałem niesamowitych, cudownych planów… Tyle jeszcze zamierzałem zrobić, zobaczyć, chłonąć życie wszystkimi porami skóry... Nigdy wcześniej w swoim scenariuszu nie brałem pod uwagę sytuacji, w której teraz przyszło mi się znaleźć. W najśmielszych przewidywaniach nie uwzględniałem konieczności przestrajania się na inny, dramatycznie nudny, spowolniony rytm, bez fajerwerków. Żeby nie zwariować ze zgryzoty, oczami wyobraźni reanimuję psychikę, próbuję wyświetlać w głowie różne filmy z optymistycznym zakończeniem. Czasami przydarzają mi się sny, w których znów jestem zupełnie zdrowy, zachłanny na życie, gdzie rozsmakowuję się każdą sekundą. Miałem coś jeszcze do powiedzenia w tej kwestii... wypadłem z rytmu, nie pamiętam. Muszę przyznać, że trochę wytrąca mnie z pisania czekanie na Izę... Próbowałem się do niej dodzwonić, ale nie odbiera moich telefonów! Może to irracjonalny niepokój, sam nie wiem. Jednak denerwuję się! Spektakl skończył się przecież ponad godzinę temu.


Godz. 22.45

Mam huśtawkę emocjonalną, całkowity mętlik w głowie. Stop!!! Spokojnie, bez zbędnego gorączkowania się. Kilka głębokich oddechów, jeszcze kilka... Chyba już jest lepiej. Nie mogę pozwalać, pod żadnym pozorem, żeby czarne myśli aż tak mocno przesączały się i na mnie wpływały. Dobrze wiem, że właśnie w takich „podbramkowych momentach” zwykle gubię siebie. Zupełnie tracę orientację ile jeszcze pozostaje we mnie prawdziwego mnie a ile jest znów tego „obcego”, który się bezczelnie zadomowił i nie zamierza się wyprowadzić. Niby już wyjeżdża definitywnie, znika, by po paru dniach nagle znów kolejny raz przypomnieć o sobie. Oficjalnie przed panem doktorem psychologii staram się do „intruza” od kwietnia nie przyznawać. W porównaniu z tym, co było jeszcze parę miesięcy temu jest ogromny postęp. Słyszę klucz w drzwiach... Wróciła! Będę kończył.

Godz. 23.30

Mieliśmy małe spięcie. Mój problem polega na tym, że nie jestem podatny na kit. Tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa:
Ona – Jeszcze nie śpisz?
Ja - Jak widzisz na załączonym obrazku… Próbowałem z dziesięć razy dodzwonić się do ciebie, ale oczywiście nie odbierałaś ani nawet nie raczyłaś oddzwonić...
Ona – Po co te nerwy! Nie wpadłeś na to, że telefon mógł mi się rozładować ? Poza tym, dyrektor po spektaklu chciał pogadać z całym zespołem. Miał swoje uwagi i prawdę powiedziawszy…
Ja – A ja mam to w dupie! Te twoje opowieści. Że się tak niezbyt elegancko wyrażę...
Ona – Wznieś się mój drogi na nieco wyższy poziom wypowiedzi. Ostatnio znowu masz jakąś obniżkę formy i wszystko cię denerwuje. Poważnie zastanawiam się nad tym, czy jednak jechać, czy dasz sobie tutaj radę sam? Niestety, ale w dalszym ciągu zachowujesz się, bez urazy... jak dziecko specjalnej troski.
Ja – Jesteś kurtuazyjnie bezczelna! Od świąt wielkanocnych pytasz mnie niemal codziennie, jakie mam zdanie na temat twojego wyjazdu. Ja oczywiście grzecznie powtarzam ci do znudzenia, niczym zdarta płyta: „ Jedź, to będzie twoje następne, miejmy nadzieję, istotne doświadczenie zawodowe. Poza tym jeszcze nie byłaś w Stanach... Ja, spoko wodza… dam sobie radę.” Co może zaprzeczysz?!
Ona –A ty za to jesteś… posępnie zgryźliwy.


Jelenia Góra - Cieplice – niedziela, 22 kwietnia 2012 r.

Dzisiaj w nocy miałem dziwny sen, właściwie kilka snów. W tym pierwszym biegałem z niewyobrażalną lekkością po łąkach i leśnych ścieżkach, czułem przepełniającą mnie radość. Pamiętam, że przy górskim strumieniu spotkałem piękną, tajemniczą „nieznajomą” i kiedy przez chwilę z nią rozmawiałem ona mnie przed czymś ostrzegła. Teraz już nie mogę sobie przypomnieć znaczenia treści. W jej kilku słowach, ale ważnych /to wiem/, w wyrazie twarzy i głębokim spojrzeniu było coś szczególnego, czysta miłość, rozbrajająca szczerość, że wydawało mi się jakbym ujrzał przed sobą, nagą niezwykle piękną duszę. W drugim śnie dominowały dźwięki morskich fal uderzających o brzeg przemieszane z krzykliwymi głosami mew i chociaż bardzo chciałem, nie mogłem zobaczyć morza, bo zasnuwała je gęsta, szara mgła. W trzecim śnie odczuwałem przytłaczający lęk. Towarzyszyły mu postrzępione migawki obrazów tuż sprzed wypadku, gdy z za zakrętu nagle wyjechał duży terenowy samochód zjeżdżając całkowicie na mój pas. Później pojawił się przeraźliwy ból, przeszywający całe ciało. Zobaczyłem wówczas granatowe niebo, które jakby pochyliło się nade mną zło wieszcząc gromami. Czułem, że drżąca ziemia pęka i za chwilę wchłonie mnie głęboko w rozpaloną lawę.


Jelenia Góra - Cieplice – poniedziałek, 23 kwietnia 2012 r.

„ W życiu trzeba sobie jakoś radzić ! – powiedział góral zawiązując buta dżdżownicą.” No właśnie. Nie można pękać! Zaradność jest coraz bardziej w cenie, podobnie rzecz się ma z pewną przestrzenią niezbędną aby odczuwać wolność i zadowolenie. Jeśli człowiek nie nauczy się kochać wszystkie pory roku, to będzie ograniczał swoją radość do wyznaczonych dat w kalendarzu. Skoro o kalendarzu mowa, to jutro mam wizytę u pana „czarodzieja”, czyli u psychologa. Dla urozmaicenia będę tych i innych określeń używał zamiennie. Zobaczymy, czy zauważy u mnie jakiś przełom. Ha, ha, ha... no może nie aż tak optymistycznie. Iza wylatuje do Stanów w czwartek na cały miesiąc, więc będę miał okazję po delektować się znacznie dłużej domową ciszą. Jest okazja zrobić cholernie duży postęp w rozwoju osobistym. A co do naszej małżeńskiej miłości, trochę przereklamowanej przed znajomymi, trochę nadwątlonej przez moje komplikacje zdrowotne i nie tylko... czas pokaże. Daleko jej niewątpliwie do doskonałości. Podobno z miłością jest jak z masłem. Należy od czasu do czasu trochę schłodzić, żeby dłużej zachować świeżość.


Jelenia Góra - Cieplice – wtorek, 24 kwietnia 2012 r.

Jestem właśnie po wizycie u psychologa / spotykam się z nim co dwa tygodnie /. Nie naciskał, nie dopytywał, a mimo to w pewnych sprawach otworzyłem się bardziej niż zamierzałem. Przemyciłem kolejny raz w paru wątkach kwestię braku wsparcia ze strony żony i tzw. przyjaciół, których szeregi drastycznie się przerzedziły. Pokiwał ze zrozumieniem i dla rozładowania napięcia rzucił pół żartem pół serio: „Tylko ubogich stać na bezinteresownych przyjaciół.” Nie ukrywałem, że sobą też jestem rozczarowany, że momentami życie nadal stanowi dla mnie swego rodzaju atrapę. Gdy zamilkłem szukając właściwych słów, wówczas przypomniał mi z naciskiem jak ważne dla wewnętrznej równowagi jest pogodzenie ze sobą i realizowanie rzeczywistych potrzeb, szukanie jasnych stron. Używając niby ogólników przestrzegał przed przesadnym skupianiem się na sobie. Później podał też przykład z własnego życia. Następnie zagaił mniej więcej w tym stylu: „Nie należy mylić serdeczności wobec siebie i potrzebnej troski z choćby najlepiej zakamuflowanym egoizmem, pychą, czy samouwielbieniem. Niech pan, tak jak dawniej, znów wsłuchując się w głos serca pokocha siebie, pokocha innych, ptaki, drzewa, kwiaty... To pozwoli nabrać właściwego dystansu do własnych problemów, przyniesie ulgę. Z innej perspektywy spojrzy pan na wszystkie sprawy, co należy czynić a z czym się pogodzić. Patrzenie na zapas z przerażeniem w jutrzejszy dzień tylko podcina skrzydła. On będzie się troszczył o siebie, gdy przyjdzie na to czas. Uroda życia, jego zagadkowość, na tym polegają, że codziennie podejmujemy jakieś ryzyko – mniejsze, większe, nie wiedząc do końca, co zyskujemy a jakie szanse zostały stracone. Czasem żeby dojść do właściwego punktu trzeba zatoczyć duże koło.”
Nie wiem, co o tym sądzić ??? Ja tego tak nie widzę. Zdaję sobie sprawę, że daleko mi do ideału, ale nigdy nie uważałem się za egoistę. Nigdy w sposób skrajny, obrzydliwie ślepo nie przepadałem za sobą. Pod koniec wizyty zapytał mnie, czy już wybrałem którąś z proponowanych wcześniej przez niego metod terapeutycznych, skutecznie ułatwiających rozładowywanie nagromadzonych emocji. Powiedziałem mu, że owszem przemyślałem sprawę i oprócz afirmacji, większej aktywności fizycznej /zwłaszcza - ćwiczenia rehabilitacyjne/ najbardziej mi odpowiada metoda polegająca na rozmowie ze sobą w formie pisemnej. Dodałem, że od tygodnia zapisuję myśli, uczucia w dzienniku. Pogratulował mi dokonanego wyboru i spojrzawszy przenikliwie, po chwili zastanowienia rzekł: „Im więcej przeleje pan na papier szczerości, prawdy o sobie, tym rezultaty tej terapii będą lepsze.”


Jelenia Góra - Cieplice – środa, 25 kwietnia 2012 r.

Dochodzi godzina 22.30. Iza od kwadransa jest w swojej sypialni a ja w swojej. To niby dla mojego zdrowia i bezpieczeństwa nie śpimy razem. Zapewne jest przekonana, że zostawiła mnie teraz, po tej krótkiej chwili uniesień, w pełni usatysfakcjonowanego erotycznie. Cóż mam powiedzieć... Niestety pośpieszne, ledwie powierzchowne pieszczoty i rutynowe, przesadnie kontrolowane ruchy frykcyjne nie załatwiają wszystkiego. A może ja źle to interpretuję, mylnie odczytuję jej i swoje reakcje. A jeśli moje serce nie płacze ze smutku tylko z radości??? Z czystego zachwytu!? Być może w moim przypadku radość stała się nieznośna z powodu jej nadmiaru, którego nie jestem w stanie udźwignąć ??? Chyba będę kończył, bo czuję jak podróżuję do wnętrza siebie i otwierają się we mnie kanały wiedzy, różnych mądrości.


Jelenia Góra - Cieplice – czwartek, 26 kwietnia 2012 r.

Siedzę przy oknie i gapię się na ulicę. Iza od trzech godzin jest w drodze do Stanów. Jak tylko wylądują w Chicago ma zadzwonić. Muszę przyznać… przy pożegnaniu nawet trochę się wzruszyła. Tak sobie myślę, że im bliżej jesteśmy danej osoby lub zjawiska, to wyobraźnia mniej działa ustępując miejsca rzeczywistości. Wtedy znacznie szybciej traci swą moc, powab i magnetyzm już tak nie obezwładnia. Podobnie rzecz się ma z różnymi przyjemnościami podsycanymi przez marzenia i wybujałą fantazję. Wyobraźnia, jak piszą znawcy tematu, jest rodzajem snu. Zbyt duża koncentracja na sztucznie tworzonych obrazach odcina od rzeczywistości. W fantazji można stracić przytomność, zgubić świadomość. Jednak pragnienia mają to do siebie, że się zmieniają. Największa i najważniejsza jest miłość!!! Miłość ma naturę ekstatyczną. Gdy jest bardzo silna wtedy żyjemy bardziej w drugiej osobie niż w sobie samym.


Jelenia Góra -Cieplice – piątek, 27 kwietnia 2012 r.

Iza zadzwoniła po pierwszej w nocy /naszego czasu/, że lot mieli spokojny i wszystko jest w porządku. Kilka osób przywitało ich na lotnisku i stamtąd pojechali prosto do niewielkiego hotelu, którego właścicielem jest pewien Polak.
Godz. 18.30
Dzisiejszy dzień jest wyjątkowo spokojny i senny. Nawet nasza kotka zwykle skora do zabawy przeleżała całe popołudnie na swoim ulubionym fotelu. No cóż… czasem ma się duży zapał do działania, innym razem obezwładnia totalne lenistwo. Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział, nie można nauczyć się chcieć. To musi wynikać z głębszych warstw świadomości.


Jelenia Góra - Cieplice – sobota, 28 kwietnia 2012 r.

Wczoraj po dwudziestej dzwoniła Iza. Opowiedziała mi o swoim dziwnym śnie. W tym śnie stała na wielkiej scenie pełnej widzów i całkowicie zapomniała ćwiczony tygodniami tekst. Nie potrafiła przypomnieć sobie nawet tytułu sztuki, w której obsadzono ją w głównej roli. Mijające sekundy, minuty, tylko pogarszały sytuację. Chciała uciec słysząc coraz głośniejsze pomruki z widowni, ale nie mogła. Wciąż stała jak sparaliżowana odczuwając ogromny niepokój i wstyd. Później wspomniała, że wieczorem grają program kabaretowy i z tego, co mówił „organizator imprezy” , ma być około tysiąca osób. Pytała jak u mnie i u „Wiewióreczki”, tzn. naszej kotki. Od samego początku nazwała ją tak z powodu ogona, który w chwilach złości i strachu robił jej się bardzo puszysty. Niespełna miesięczne maleństwo przyniosła Iza do domu w październiku 2010 r. Podobno jej dziko żyjąca mama, wpadła pod koła samochodu. Przez pierwsze dni mieliśmy poważny kłopot z karmieniem takiego „drobiazgu”, bo niestety nie potrafiła pić mleka z miseczki. Stosowaliśmy kilka metod. Najlepiej sprawdziła się łyżeczka. Zanim „Wiewiórka” nas zaakceptowała ciągle się gdzieś chowała, w różne zakamarki. Czasem trzeba było odsuwać szafę lub inne meble. Wracając do Izy… Poznaliśmy się poprzez wspólnych znajomych na pewnej imprezie muzycznej w Gdańsku. Jednym z powodów, dla którego zwróciłem na nią uwagę było jej duże poczucie humoru, zdrowy, niewymuszony, dystans do siebie. Ładnie i z sensem mówiła, w krótkiej formie zawierając istotną treść. Co jeszcze ważne... Nie należała do przewrażliwionych damulek, które ostentacyjnie unoszą się z powodu na przykład, czyjegoś nie najlepszego żartu pod adresem kobiet. Iza, gdy słyszy coś szczególnie zabawnego, cieszy się całą sobą zarażając śmiechem pozostałych. Na początku naszej znajomości opowiedziała mi pewien kawał, który pamiętam do tej pory. Oto on:
„W dzień wypłaty, późnym wieczorem, wraca pijany mężczyzna do domu. Żona znając jego lekkomyślny charakter już od progu robi mu awanturę:
- Znowu wszystkie pieniądze przepiłeś! Z czego będziemy żyć, jak opłacimy rachunki?!
- Wcale nie wszystkie. Zobacz… kupiłem kasetę video. / spokojnie jej odpowiada/
- A po jaką cholerę nam kaseta video, skoro nie mamy magnetowidu?! /ona rzuca gniewnie/
- Helena… Ja się ciebie nie pytam, dlaczego kupujesz staniki.”

W ramach rewanżu przytoczyłem jej krótki dialog z amerykańskiego filmu, który kilka dni wcześniej oglądałem. Scena była następująca… Dwaj policjanci rozpracowujący gang narkotykowy nagle wpadają w zasadzkę. Dochodzi do strzelaniny, w której miażdżącą przewagę mają bandyci. Po kilku minutach ostrej wymiany ognia następuje chwila ciszy i wówczas pierwszy policjant pyta drugiego:
- Stary, gdyby to miała być twoja ostatnia noc, z jaką kobietą chciałbyś ją spędzić?
Ten drugi odpowiada szybko, bez większego namysłu:
- Z moją byłą żoną.
- Dlaczego akurat z nią ? /ponownie pyta pierwszy, wyraźnie zdziwiony/
- Bo to byłaby moja, najdłuższa noc. /z cynicznym uśmiechem odpowiada drugi/


Jelenia Góra - Cieplice – niedziela, 29 kwietnia 2012 r.

Po śniadaniu wybrałem się do Parku Zdrojowego. Tak jak wielu ludzi lubię to miejsce szczególnie. Ponad dwie godziny siedziałem na ławce wpatrując się w korony drzew oraz przepływające niebem chmury, przy akompaniamencie śpiewnych rozmów ptaków. Miłą, sielską atmosferę przerwał mi bliski jeszcze dwa lata temu kolega, który właśnie spacerował z żoną i z dzieciakami. Na chwilę zostawiając ich podszedł do mnie, żeby coś zagadać. Próbował pytać, co u mnie słychać, co teraz robię. Rozmowa z mojego powodu jakoś niespecjalnie się kleiła. Nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony. Wyjaśniłem mu, że nie chowam do niego urazy, że nie odwiedził mnie ani razu w szpitalu, bo niestety takie jest życie. Widziałem, że przez moment czuł się niezręcznie, ale to nieprzemakalny gość, który idzie do przodu jak burza ! Za forsę i karierę polityczną dałby się pokroić. Z wykształcenia jest prawnikiem. Pamiętam jak kiedyś dyskutowałem z nim o porządku społecznym… wtedy powiedziałem mu, iż nierówność wobec prawa jest zaprzeczeniem godności ludzkiej. Wyraziłem też swoje zdanie o tym, że coraz więcej tworzy się przepisów napędzających kasę prawnikom. Nie bardzo chciał się zgodzić z taką opinią. Z roku na rok jednak widać wyraźniej jak dba się o ich portfele. Niedługo prawnicy będą niezbędni przy zakupie lodówki i opału na zimę. Tak sobie myślę… przecież ludzi światłych, wykształconych wciąż przybywa, a niestety, problemy ewidentnie narastają. Mamy dewaluację uczciwości i szczerego zaangażowania w sprawy innych. Nie byłoby tyle firm ochroniarskich, czy detektywistycznych, gdyby policja, prokuratura i sądy lepiej oraz szybciej wykonywały swoje zadania . Nie byłoby tak wielu ludzi szukających pomocy u różnych magików, fałszywych uzdrowicieli /są też znakomici uzdrowiciele/, gdyby lekarze umieli i chcieli pomagać nie tylko wiedzą, ale też sercem. Niestety w wielu miejscach brakuje pieniędzy na profilaktykę, na właściwe działania prewencyjne. A przecież bez myślenia perspektywicznego i odpowiednich kroków przyjdzie nam płacić olbrzymi haracz za zaniechania. Ludzie tracą zapał do uczciwego życia widząc wkoło tyle zła, bezczelnego łamania prawa, także przez urzędników państwowych. Za mało jest ciekawych ofert na spędzanie czasu wolnego dla dzieci i młodzieży. Już teraz np. polskie dzieci należą do najbardziej otyłych i najmniej uprawiających sport w Europie… itd. i itp. Pojawiające się od czasu do czasu ostrzeżenia z tym związane są lekceważone, traktowane jak dawniej wypowiedzi prelegentów z GS-u , ale temat jest szczególnie istotny.


Jelenia Góra - Cieplice – poniedziałek, 30 kwietnia 2012 r.

Dzisiaj rano w sklepie spożywczym zaczepił mnie wesoło usposobiony mężczyzna niosący dumnie w koszyku najtańsze wino dla tzw. „ smakoszy”. Muszę przyznać, miał w sobie cudowną naturalność… wyglądał na łajzę i jak skomentowała jedna z pań do swojej koleżanki, faktycznie nią był. Bardzo brudny, z kilkudniowym zarostem, z niesamowicie ciężkim oddechem działał na ludzi odstręczająco. Wybrawszy mnie na swojego wolnego słuchacza kurtuazyjnie przedstawił się w sposób następujący:
„ Mam na imię Zdzisław. Moje nazwisko, Wiśniewski. Mieszkam tu od czterech miesięcy, nieopodal, na ulicy…”
- Ale po co mi pan to mówi ? – przerwałem mu, nie wykazując zainteresowania, po czym łagodnie dodałem: - Te wiadomości nie są mi do niczego potrzebne.
Wtedy on z rozbrajającym uśmiechem rzekł zadziornie:
„Bo ja nie chcę być anonimowym alkoholikiem!”


Jelenia Góra - Cieplice – wtorek, 1 maja 2012 r.

Po tym nieszczęsnym wypadku, jaki miałem, trudno mi upodobnić się do czasów, w których żyję. Nie nadążam, wiele rzeczy mnie razi i denerwuje. Obserwuję trochę pewnych znajomych, niektórych sąsiadów i widzę, że im lepiej im się powodzi materialnie, to tym bardziej czują się lepsi, chociaż wewnętrznie skarłowacieli. Jak ktoś kiedyś trafnie powiedział: „ Życie nie lubi pustych przestrzeni. Jeśli nie zasadzi się kwiatów wyrosną chwasty.” No cóż… Każdy się czegoś chwyta albo go to wzmacnia albo doprowadza do upadku. Chyba jednak ludzie w zdecydowanej większości, tak uważam, nie zdają sobie sprawy, ile może w nich rozwinąć się pozytywnych, wartościowych rzeczy, ale też nie podejrzewają siebie o uśpioną destrukcję, która w sprzyjających warunkach może być ogromnym zagrożeniem. Żyjemy w czasach, gdzie na masową skalę oduczani jesteśmy samodzielnego myślenia. Teraz przede wszystkim potrzebne są istoty zdyscyplinowane w stu procentach, bezwolne z krwi i kości automaty, zdalnie sterowane roboty! Nieustannie nam się wmawia, co powinniśmy mieć, co robić, aby czuć się ludźmi pełnowartościowymi. Wszechobecny pośpiech, gonitwa za pieniędzmi sprawia, że gubiona jest wrażliwość i intuicja, co nam służy a co nie. Wiele osób nie potrafi zaakceptować siebie zwykłego, bez sukcesów, bo presja bycia kimś wyjątkowym wciąż rośnie. Różne telewizje prześcigają się w robieniu programów z tzw. „gwiazdami” i wciąż wymyślają nowe, z rywalizacją w tle o atrakcyjne nagrody. Nadmiernie rozbudzają u zwykłych ludzi apetyt na chociaż chwilowe zaistnienie w mediach. Z każdym rokiem media stają się silniejsze i z większą skutecznością kształtujące poglądy i postawy.

Godz. 16.00

Właśnie dzwoniła Iza. Była w znakomitym humorze. Trochę opowiadała, jak spędza wolny czas, co zamierza w najbliższych dniach zwiedzić. Przemyciła informację, że bardzo dobrze są przyjmowane ich występy kabaretowe oraz to, że już dzisiaj wieczorem, zgodnie z planem, mają w programie sztukę teatralną. Życzyłem jej i pozostałym aktorom powodzenia.


Jelenia Góra - Cieplice – środa, 2 maja 2012 r.

Nie było szału z wydarzeniami. Po śniadaniu wybrałem się na krótki spacer do parku. Później upichciłem sobie obiad, nic szczególnego. Aaa, jeszcze coś… wracając ze spaceru spotkałem przed domem niezadowolonego sąsiada. Poskarżył mi się, że teściowa przyjechała do nich na święta wielkanocne i już czwarty tydzień okupuje ich mieszkanie. Kobieta w pełni sił, przed sześćdziesiątką, w niczym nie pomaga, ale ma najwięcej do powiedzenia także w tych sprawach, które w ogóle ją nie powinny obchodzić. Pocieszyłem go mówiąc , że mógł trafić gorzej, bo są tacy, co na swoje nieszczęście przez długie lata mieszkają z „ drugą mamusią”. Znam dobrze ten ból ! Żyłem prawie rok pod jednym dachem z teściami. Dla rozładowania atmosfery opowiedziałem sąsiadowi pewną historyjkę z książki Anthonego de Mello. Oto ona :
„Teściowa, która przyjechała na tydzień do zięcia i córki, przedłużyła swój pobyt aż do miesiąca. Młode małżeństwo postanowiło w końcu pozbyć się jej jakimś sposobem. – Dziś na obiad podam zupę – powiedziała żona do męża. – A ty zaczniesz się ze mną kłócić. Niezadowolony zawołasz, że jest zbyt słona, a ja, że w żadnym wypadku. Jeśli mama zgodzi się z tobą, wpadnę w złość i każę jej się wynieść, a jeśli zgodzi się ze mną, ty się zdenerwujesz i podniesionym tonem dobitnie powiesz jej, żeby sobie pojechała. Gdy zupa została podana, rozpoczęła się zażarta kłótnia i wówczas żona zapytała: - Mamo, jak uważasz, powiedz swoje zdanie, czy zupa jest za słona, czy też nie? Starsza kobieta zanurzyła łyżkę w zupie, podniosła ją do ust, ostrożnie skosztowała, myślała przez chwilę, po czym niezwykle spokojnie, z wytrenowanym serdecznym uśmiechem, rzekła: - Mnie odpowiada. Lubię waszą kuchnię. I tak w ogóle… cieszę się, że mogę z wami pobyć. Takim to sposobem spędziła u córki i zięcia kolejny miesiąc.”

COPYRIGHT © 2014 Marek S.  Marek S.     |     ALL RIGHTS RESERVED     |     Regulamin     |     Polityka Prywatności i Cookies     |     kontakt     |     Valid XHTML 1.1     Poprawny CSS!